Pożar
Po godzinnym marszu łagodnymi grzbietami Susłowych Wzgórz, w dolinie, po prawej ręce ujrzeliśmy stołeczną osadę Opole. Już i tu dotarli barbarzyńcy. Widać było pojedyncze płonące chaty. Słychać było krzyki kobiet i nawoływania wojów. Tu obrona był lepiej zorganizowana, lecz równie daremna.
- Jak to się mogło stać? - kręcił głową Tasznik. - Straże były na całym wybrzeżu...
- Straże złożone z wygłodzonych wieśniaków - odpowiedziałem - półprzytomnych po całym dniu pracy na polach.
- Rację miał Witlicz, kiedy na wiecach żądał stałego wojska.
Choć drgnąłem na wspomnienie o ojcu, odpowiedziałem spokojnie:
- Teraz już za późno, ruszajmy dalej.