Sztormiany
Nazajutrz, około południa na horyzoncie zamajaczyła ziemia Rybowców. Pożegnawszy ostatecznie Tasznika i Krokosza skierowałem łódź ku brzegowi.
Sztormiany, gdzie zacumowałem, sprawiały wrażenie zasobnej, choć nieco monotonnej przez swe rybackie nastawienie osady. Mało tu było warzywnych ogródków i przydomowych bydląt, za to wielkie bogactwo owoców Białej Wody: dziesiątki gatunków ryb, szlachetne i pospolite raki, krewetki, soczyste omułki, focze mięso oraz ich tłuszcz, skóry i podroby, słodkie wodorosty i lecznicze brunatnice. Ci, którzy bywali na ziemi Rybowców mawiali, że tutejsze gospodynie potrafiły cuda z tych składników czynić.
Za szyprem Ciernikiem, którego mi kazano szukać nie musiałem się wiele rozglądać. Sam mnie odnalazł.
- Sława, młodzieńcze! - przywitał mnie jowialny jegomość w skórzanej czapce i płaszczu, skrywającym typowy, gruby rybacki sweter. - Jestem Ciernik. Uprzedził mnie twój znajomy Biedrzeniec, że przybędziesz.
- Sława! - uścisnąłem wyciągniętą dłoń.