Próba Naczelnika
Wszyscy ze znacznych Żywiczów, Bagieńców, Rybowców i Dąbrowców z radością powitali Witlicza, jako swojego naczelnika. Jednak gospodarze tej ziemi, lewobrzeżni Nurtowcy nie byli mu aż tak przychylni.
- Jak to - szeptali. - To my jesteśmy wśród Słowian najgodniejszym ludem, a przewodzić nam ma nieokrzesany prowincjusz?!
- Jest jeden sposób, abyś zdobył sobie przychylność Nurtowców - podpowiedział Witliczowi Mirko.
- Jaki ?
- Popatrz - Mirko poprowadził Witlicza do wychodzącego na południe okna. - Wśród tych wzgórz na widnokręgu zagubione są dawne kopalnie kredy. Nawet, gdy była to ziemia Leśnych Słowian, to Nurtowcy głównie tam żyli. Wydzierali kredę z jam i szczelin, by na prawym brzegu co bogatsi mogli białymi domami swą potęgę podkreślać.
- A kiedy tam pójdę - ojciec wydawał się domyślać, co za chwilę powie Mirko - co zastanę ?
- To nie takie proste, Witliczu. Nie wiem. Stoi tam świątynia. Prastara. Mówią, że postawili ją pierwsi z ludzi, którzy tu przybyli, aby chroniła ich przed dziką bestią, która z podziemi wyłaziła. Podobno poskutkowało. Bestia zamiast napadać na górników, prowadzona światłem chramu stała się strażnikiem bożego domu. Mówią, że w godzinie, gdy nasz los się będzie ważył bestia stanie w obronie sprawiedliwych.
- Za wybaczeniem - z największą delikatnością Witlicz ważył słowa - ale to opowieść, jak z bajki...
- To jest bajka - odpowiedział stanowczo Mirko. - Bardziej godne wiary opowieści mówią, że Kredowa Dolina wyludniła się, gdy przyszła tam zaraza. Jednak nie lekceważ bajek. Kto tam podąży i wróci z dowodem błogosławieństwa bestii, będzie mógł liczyć na przychylność Lewobrzeżnych.
- Jak na imię bestii? - ojciec ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Bieluch.