Mogilnik
Nic nie znaczący zapach czosnku wzmógł się, gdy było już grubo po północy, a ognisko przy którym biwakowaliśmy zaczęło dogasać. Z jam ukrytych między skalnymi występami wzgórza, które zainteresowało przed zmierzchem Witlicza, dobywał się już nie tylko ostry zapach, ale i coraz wyraźniejsza blada poświata.
- To mogilnik! - zrozumiał ojciec, widząc, że jaśniejące czeluście układają się w równoległe i prostopadłe rzędy. - To stare kości tak świecą i zapach czosnku wydzielają !
- Fosforos?! - zapytałem, przypomniawszy sobie starą księgę Ellanów o substancjach. - Ale przecież ten pierwiastek ze szkieletów wytrąca się po długim czasie, a ludzie są tu od niedawna... Kto zresztą składa ciała w takim miejscu, wśród nagich skał, wystawiając je na zanętę drapieżnikom i ścierwojadom?!
Pytania zostały bez odpowiedzi. Niepokój zdawał się czynić powietrze drgającym i przenikliwie zimnym gazem, napastliwie wypełniającym płuca. Nie tylko ono, ale też ziemia i niebo pełne bladych gwiazd zdawały się wrogie. To miejsce nas nie chciało. Pulsująca z napięcia krew huczała w czaszce w oczekiwaniu na - wszystko jedno - prawdziwą, bądź urojoną napaść.
- Zimowit ani się waż! - zasyczał w moją stronę znieruchomiały Witlicz, gdy prowadzony złym przeczuciem sięgnąłem po kuszę. Posłusznie zamarłem. Spojrzałem, w miejsce, które obserwował ojciec. Tam poświata poruszała się wyraźnie, przybierając na blasku i wielkości. Z głębi ziemi coś się wyłaniało, lecz nie był to bezkształtny obłok gazu. Nie była to też ludzka, ale potężniejsza znacznie sylwetka.
- Nikt nie odważy się niepokoić tego cmentarzyska, dopóki jest ono pod moją pieczą - tubalny głos nie wydobywał się z gardła żywej istoty. Dudnił ze wszystkich stron, jeszcze bardziej napawając nas grozą. - Znów przypełzliście ograbiać mogiły moich przyjaciół? Policzą się z wami w Nawiach, gdy ja z wami skończę !
- Nie przyszliśmy tu po kredę ! - krzyknął ku zbliżającej się nieubłaganie potężnej postaci ojciec - Nie przyszliśmy po bogactwa !
- O tak! - zwielokrotniony echem diabelski śmiech rozlegał się coraz donośniej - Nie przyszliście po to! Przyszliście po śmierć! I Znaleźliście ją !
Blask bestii przyćmiewał już jasność ogniska, które pozostawiliśmy ustępując przed jej natarciem. Teraz już widziałem jej ogrom i przerażającą potęgę.
- Nie jesteśmy wrogami! - desperacko próbował dotrzeć do potwora ojciec - Przyszliśmy pokłonić się Bieluchowi !
Śmiech upiora jeszcze bezwzględniej zawładnął okolicą zabijając w nas wszelką wolę oporu. Stanęliśmy w bezruchu.
- Pokłonić się Bieluchowi? - śmiech nie milkł. -Kłaniajcie się więc, padalce! - Potężny cios niemal jednocześnie zwalił nas obu na ziemię. Zmysły odeszły, nim zdążyłem pomyśleć o śmierci.