Starzyk
- Zbudźcie się wy, co bogów chwalicie, powstańcie, którzy dawne dusze czcicie - śpiew, powiedziawszy prawdę mocno nieczysty, zbudził mnie z nieprzytomności. Był przytłumiony, podobnie jak dźwięk rąbanego drewna dochodzący z podwórza chaty w której leżałem. Obok, dochodził do siebie ojciec. Głowę wciąż świdrował pozostały widocznie po ataku bestii wysoki, przenikliwy dźwięk.
Witlicz coś do mnie mówił, ale ogłuszony jeszcze i nie do końca w pełni świadom, nie rozumiałem jego słów.
- Nic ci nie jest? - powtórzył głośniej.
Pokiwałem głową. Choć byłem obolały i potłuczony, nic poważnego chyba mi nie dolegało. Ojciec także wyglądał na poturbowanego, lecz całego.
- Nic wam być nie może, skoro Obrońca zdecydował pozostawić was przy życiu - ten sam fałszujący uprzednio głos rozległ się z progu. Ukazał się w nich starzec. Siwy i przygarbiony ciężarem lat, widać jednak było, że krzepki i nad grobem nie stał. - Dawno tu wędrowców nie oglądałem. Obmyjcie się. Studnia jest za chatą. Zaraz ugoszczę was śniadaniem.
Witlicz chciał coś powiedzieć, lecz zrezygnował. Wstaliśmy i poszliśmy przygotować się do posiłku. Ożywieni zimną wodą, przywołani miłym zapachem jajecznicy i sera zasiedliśmy do stołu, jak zapraszał gospodarz.
- Witajcie w moich progach niebogatych, wędrowcy - starzec podał nam chleb i drewniane łyżki. - Jestem Starzyk, zawsze mnie tak nazywali. A was jak wołać ?
- Witlicz, a to mój syn Zimowit - przedstawiliśmy się jak należy. - Jak...
- Tak, wiem. Pytania... - Starzyk nalał do dzbanków zsiadłego mleka. - Najpierw się posilcie. Dopiero co przeszliście granicę, którą mało kto przekracza i pozostaje wśród żywych. Nacieszcie się jedzeniem.
Nie trzeba było nas namawiać. Głód zaspokajaliśmy jednak szybko, choć proste śniadanie Starzyka smakowało nam doskonale. A potem przyszedł czas, by zaspokoić ciekawość.