Czas szeptunek
Ojciec spał już od wielu godzin. Czuwała przy nim sama Witlicha, zwilżając jego rozpalone czoło lnianymi okładami. Zapachy ziół i olejków, którymi wypełniony był namiot także miały łagodne, rzeźwiące działanie.
- Ojcze - spróbowałem przemówić do Witlicza. - Jak się czujesz ?
- Nie teraz! - Witlicha odpowiedziała szorstko, uprzedzając półprzytomnego ojca. - Naczelnik nie potrzebuje teraz odwiedzin dziesiątków poddanych pytających o zdrowie !
- Ale ja jestem jego synem! - sprzeciwiłem się.
- Dlatego zrobiłam dla ciebie wyjątek i odpowiedziałam na pytanie. Kogoś innego wyrzuciłabym z miejsca! Pierwszy się dowiesz, kiedy Witlicz wydobrzeje na tyle, by móc bez szkody dla zdrowia rozmawiać. Teraz idź!
Wyrzucony z namiotu wyszedłem na powietrze, oglądając, jak wokół opatrywani są pozostali ranni. Szeptunki nie miały sobie równych w sztuce przywracania zdrowia. Opatrywały, ale także wznosiły modlitwy. Ich łagodność i wyczuwalna dobroć łączyły się z widoczną wprawą w uzdrawianiu. Podopieczni szeptunek z łatwością poddawali się ich woli. Same jednak cudzego zniewolenia nie znosiły.
Świetlik, gdy zajrzałem do jego namiotu, leżał w stanie gorszym niż ojciec. Ciało poorane było głębokimi ranami: ciętymi, a także głębokimi pozostałymi po grotach strzał. Także był nieprzytomny i bełkotał w malignie.
- Czy on wyzdrowieje ?
- Jeśli bogowie pozwolą - odpowiedziała czuwający przy Świetliku szeptunka.
Spojrzałem na jej szczerze zatroskane oblicze.
- Przypominasz mi kogoś, kogo znam.
- Miłą ci osobę? - odwzajemniła mi się spojrzeniem pozbawionym emocji.
Potwierdziłem skinieniem głowy.
- Więc myśl o niej - odpowiedziała wracając do opatrywania Świetlika. - I módl się za przyjaciela.