Półżywy
Zza grubej zasłony odgradzającej nas od wnętrza namiotu wychyliła się Witlicha. Znać było, że nasze wystawanie pod siedzibą naczelnika było jej nie w smak, lecz rozumiała, że wódz, nawet ciężko chory, musi rządy sprawować.
- Naczelnik chce was widzieć. Obu. - powiedział półgłosem. - Pamiętajcie, że jest bardzo słaby. Nie wolno wam go zbyt długo niepokoić.
Weszliśmy. Witlicz spoczywał na drewnianym, pokrytym gęsto futrami łożu. Ciało jego było niemal bez życia, lecz płonące w oczach iskry mówiły, że wyjdzie czasem z ciężkiego stanu. Nieznacznym ruchem ręki nakazał, abyśmy podeszli i usiedli przy nim.
- Tylko o zdrowie nie pytajcie - uprzedził. - Sami widzicie. Co ustaliłeś Taszniku ?
- Z Włościanami poszło gładko - zgodnie z życzenie naczelnika, Tasznik przeszedł od razu do rzeczy. - Mamy tysiąc nowych żołnierzy. Reszta rozpuszczona do chałup. Tylko dwie setki do szpiku omotanych trzymać trzeba będzie pod strażą do końca rozprawy.
- Dalej - naczelnik skrzywił się lekko, czekając widać na ważniejsze wieści.
- Nie ma wieści o ruchawkach w krajach Bukowców i Rębajców. - Tasznik treściwie opowiadał o stanie rzeczy. - Na naszych starych ziemiach także spokój. Wśród wojów duch urósł po łatwym zwycięstwie. Gotowi są za tobą dalej podążać.
Po minie sądząc nie tego chciał zmęczony już Witlicz słuchać.
- Zdobyliśmy niewiele wojennego oręża, za to o zapasy dla gospodarstwa martwić się już nie trzeba...
- Dalej - ponaglał naczelnik.
- Muchomory! - domyślił się Tasznik. - Na to zapewne czekasz. Przesłuchałem możnych i tych ze średnich stanów. Jak myśleliśmy to sprawa kluczowa nie tylko dla naszego zaścianka !