Świt
Już pierwsze promienie budzącego się słońca dały nam ogląd wielkości obozu. Pokrywający namioty biały len, z dodatkiem innego nieznanego nam materiału, połyskiwał w blasku świtania. Tysiące takcih odblasków było sygnałem, że Włościany z tym obozem równać się nie mogły.
Wprawdzie niezwykłych umocnień wokół niego także nie było, lecz setki wozów, połączonych łańcuchami szczelnie opatulało obozowisko. Na wozach, pod wozami i między nimi przygotowane były stanowiska dla strzelców, a w razie potrzeby każde miejsce mogło służyć za bramę dla szybkiego wypadu.
Całe zgromadzenie położone było na niewysokim, płaskim jak stół wzniesieniu. Wokół, jak w całej pradolinie, dominował równie płaski krajobraz. Z rzadka tylko udekorowany zadrzewieniami nie dawał nadziei na zaskoczenie obrońców.
- Spróbujmy podczołgać się bliżej - zaproponował Krokosz. - Tym zarośnietym rowem. Nie będzie nas widać, jeśli się nie zdradzimy.