Pod gwiazdą
Ukryci wśród trzcin i tataraku porastających nieużywany rów nawadniający, cały dzień nasłuchiwaliśmy odgłosów życia Stanów. Codziennej gospodarczej krzątaniny, ćwiczeń wojów i ich rozmów. Zwłaszcza jedna z nich, między strażnikami warowni, a przybyłymi uciekinierami z kraju Rębajców, utkwiła mi w pamięci.
- Idźcie stąd! Szukajcie pomocy u okolicznych wieśniaków. Są zamożni i dobroduszni na tyle, by mogli wam pomóc! - odpowiadał jeden żołnierzy na prośby mężczyzny. Towarzysząca mu kobieta, w bardzo już widocznym stanie brzemiennym, ledwie trzymała się na nogach.
- Gospodarze tutejsi są, owszem uprzejmi, nie okazują pogardy, jednak nikt gościny nie chce udzielić, a moja żona rodzić będzie! - błagał mężczyzna.
- Nic na to nie możemy poradzić. To jest obóz wojskowy. Niedługo Lewobrzegi tu przypełzną. Nie mamy dla was miejsca. Do bitwy musimy się przygotować !
Uchodźcy odeszli nie znajdując nigdzie oparcia.
- A my wam pomożemy! - pomyślałem. - Nie tylko dlatego, że Witlicz tak nakazał. Kim byśmy byli odmawiając pomocy potrzebującym? Cała ta nasza wędrówka i walka nie miałaby znaczenia. Idźcie na północ !
Spojrzałem w niebo. Wyjątkowo dziś przejrzyste wzbogaciło się o nową, przyozdobioną jeszcze niezwykłym warkoczem, gwiazdę.